„Zaginiony symbol”
Choć kolega mój, miłośnik dobrej książki, nie omieszkał okrasić zgryźliwym komentarzem faktu, że sięgam po Tego Typu Czytadła, na najnowszą książkę Dana Browna czekałam niecierpliwie. Po prostu lubię ten stan, kiedy książka wprost przykleja się do dłoni i, choć zegarek pokazuje drugą w nocy, chce się przeczytać jeszcze kilka stron. Taki był „Kod Leonarda da Vinci”. Takie były „Anioły i Demony”. I choć klej nieco słabszy, taki jest „Zaginiony symbol”.
Anatomia chorej cywilizacji
Spodziewałam się, że “Szewcy” Piotra Ratajczaka pokażą kilka brutalnych prawd o nas. Nie przewidziałam, że będą tak ostrym skalpelem dla wiwisekcji na mózgu widza.

Sobotnia premiera w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym dowiodła, że nowy spektakl to nie widowisko dla każdego. Jedni będą po nim stać i intensywnie klaskać, inni nie będą w ogóle bić braw. I dobrze, bo wreszcie BTD stworzył zróżnicowane teatralne menu, a nie papkę dla mas.
Reżysera Piotra Ratajczaka poznaliśmy za sprawą spektaklu “Wodzirej. Koszalin Kulturkapf”, opowieści o nas samych. W “Szewcach” chciał zapytać nas o kondycję współczesnej polityki, kultury i społeczeństwa. I zmusić nas do odpowiedzi. Udało się.
“Szewcy”, czyli najbardziej znany dramat Witkacego, został na potrzeby widowiska mocno zmieniony. Dramaturg Jan Czapliński ingerował w tekst i połączył go z szeregiem współczesnych odniesień. Dzięki temu, zamiast nużącego trzygodzinnego spektaklu, mamy lustro dzisiejszego popświata w pigułce.
Już pierwsze sekundy zapowiadają pulsującą dynamizmem sztukę. Pokaz mody, w którym obok papieża maszeruje Hitler, wprowadza w rytmiczny trans. Całe przedstawienie ma rytm i dzięki temu, że grane jest bez przerwy, widz nie wybija się z niego. Całość uzupełnia rewelacyjnie dobrana muzyka.
Główna myśl Witkacego pozostała – jest zamach stanu z obawy przed buntem pracowników, są wielkie idee, jest rewolucja i ślepy pęd do zaspokajania żądz. Relacja z rewolucji przypomina połączenie filmu “Matrix” i popularnych programów na kanałach muzycznych, gdzie obraz kręcony kamerą z ręki obowiązkowo musi być rozedrgany.
Brutalnie odarte z przegadania są wielkie idee. Żądni władzy Sajetan Tempe (Wojciech Rogowski) i Robert Scurvy (gościnnie Robert Zawadzki, który zdecydowanie wyróżniał się na tle aktorów) podczas debaty zakładają na siebie kolejne obrania. Strój Che Guevary stapia się z togą dalajlamy, a swastyka łączy się z pasiakami z obozu koncentracyjnego. To pokazuje, że wielkie myśli polityczne są niewiele warte, bo i tak wszystko trafi do jednego kotła, w którym mieszają elity. Liczysz się tylko ty. Tu i teraz. A jeśli weźmiesz udział w wyścigu szczurów – przegrasz z kretesem.
Co wrażliwsze dusze mogą się nieco obruszyć na sceny orgii, rozbierania do rosołu i braku jakichkolwiek świętości. Uważam jednak, że w żaden sposób nie spłyca to spektaklu, a jedynie wyostrza mankamenty współczesnego świata. Bo skoro golizna w telewizorze nie razi, dlaczego ma razić w teatrze?
Pół wieku turnusów

Fot. Bartosz Ignasiak
Ostrzegam: wszyscy, którzy wybiorą się na to przedstawienie, powinni założyć wygodne buty i wziąć do kieszeni parę groszy. Istnieje poważne ryzyko, że po spektaklu pójdziecie Państwo na tańce. Po niemal dwóch godzinach z piosenkami Wojciecha Młynarskiego ma się wielką ochotę na “skocznego begina” i… wzniesienie kilku toastów.
I to chyba największa siła przedstawienia. Przenosimy się bowiem do uzdrowiska w górach, gdzie obserwujemy wczasowiczów na kolejnych turnusach. Bawią się, zwierzają, tańczą, piją, kochają się i odrzucają. Jak to na wczasach…
Publiczność bawiła się przednio, raz po raz wybuchały gromkie brawa i śmiech. Podobne reakcje publiczności obserwuję chyba jedynie na… bajkach, bo to dzieci nie wstydzą się okazywać emocji i bawić wraz z aktorami. Tym razem niemal każdy nucił “Ach, co to był za ślub”, czy tytułowy utwór “Jesteśmy na wczasach”.
Zresztą, spektakl muzyczny był niemal pewniakiem. Po sukcesie “Cafe Sax” z piosenkami Agnieszki Osieckiej widowisko oparte na znanych i lubianych kawałkach Młynarskiego nie mogło się nie przyjąć. W dodatku oba reżyserował Cezary Domagała. Jedyny zarzut, który można postawić, to niepotrzebne zwolnienia tempa. Kiedy rozbawiona słuchałam dwóch wolniejszych kawałków, miałam wrażenie, że można je nieco skrócić i tym samym nadać szybsze tempo całej sztuce.
Niewątpliwą zaletą, i nie zdradzę tu chyba żadnej tajemnicy, jest doborowa obsada spektaklu. Kolejny raz koszalińscy aktorzy udowodnili, że mają rewelacyjne głosy. Szczególnie wyróżniły się Żanetta Gruszczyńska – Ogonowska i Katarzyna Ulicka – Pyda. Obie artystki pokazały też niesamowite poczucie humoru. Pierwsza w “scenie łóżkowej” bawi do łez, drugiej jak zawsze nie brakowało charyzmy i energii, choć kilka godzin przed premierą świętowała na zjeździe absolwentów 60. urodziny swojej szkoły – II LO.
Nastrój wykreowany na scenie udziela się dzięki zaangażowaniu kaowca, czyli Wojciecha Rogowskiego. To on prowadzi nas w podróż w czasie przez kolejne dziesięciolecia, począwszy od lat 60. Dla starszych widzów może być to podróż sentymentalna, dla młodszych – niezła lekcja historii. Całość wzbogacają prezentacje multimedialne, o które zadbał Dawid Kozłowski. W pigułce na dużym ekranie widzimy dawne czasy, czasem nagle na scenie pojawia się przystanek autobusowy, albo fortepian, przy którym zasiada Piotr Krótki. Jeśli dodamy do tego stroje rodem z PRL-u, drobne miłostki, szczyptę gierkowskiego żartu i zakorkowaną siwuchę, zabawa musi być murowana. I jest.


