platforma blogowa portalu głos koszaliński

WC, czyli Wnętrza Czar

Te zdjęcia mówią same za siebie…

Ale nie potrafię odmówić sobie choć krótkiego komentarza.

Czytaj dalej…

Tylko dla dorosłych

Kiedy przeczytałam wypowiedź rzecznika prasowego ratusza, na temat zdjęć płodów, które stanęły w przestrzeni publicznej przed koszalińskim ratuszem, nóż mi się w kieszeni otworzył. Czy to aby wystawa panie rzeczniku? Bo tak właśnie pan to nazwał.

Czytaj dalej…

Kulturalny Koszalin!

btdTa wiadomość szalenie mnie ucieszyła. W ślady Centrum Kultury 105 poszedł Bałtycki Teatr Dramatyczny i w czerwcu miłośnicy teatru będą mogli zobaczyć pierwszy koszaliński festiwal debiutów “Młodzi i Teatr”. Będzie on organizowany na wzór Międzynarodowego Festiwalu Debiutów Filmowych “Młodzi i Film”.

Pewnie z dużo mniejszą pompą, ale nie będę narzekać, tylko chwalić. Na pomysł wpadł Piotr Ratajczak, doskonale znany koszalinianom młody reżyser (wyreżyserował w BTD “Szewców” i “Wodzireja”). Wizję podchwycił Zdzisław Derebecki, dyrektor BTD i od 9 do 13 czerwca nasze miasto opanuje teatr.

Jakie są plany? Otóż zobaczymy od czterech do sześciu sztuk z całej Polski. Ich twórcy nie mogą mieć na koncie więcej niż trzech wyreżyserowanych widowisk. Nagrodą będzie wyreżyserowanie sztuki w przyszłym sezonie artystycznym na deskach BTD.

Fajnie, ale skąd znajdą się na to pieniądze? I teraz dochodzimy do najlepszego – impreza ma kosztować 200 tys. zł, a 90 tys. już jest – zaoszczędzone, bo dyrektor Derebecki nie przedłużył umowy Jackowi Papisowi, niegdyś dyrektorowi artystycznemu BTD (i niegdyś za swoją robotę, a raczej jej brak i ciągłą promocję własnej osoby, bardzo przeze mnie krytykowanemu). Genialne w swej prostocie (proponuję w kilku urzędach zrobić to samo i nagle pojawią się oszczędności).

Jednym, a raczej trzema słowami: PLANY SĄ PIĘKNE. Na to, jak będzie wyglądać ich realizacja, czekam z niecierpliwością. Może dzięki kilku imprezom o naszym mieście będzie się mówiło w Polsce, że kulturą stoi. Czego sobie i wszystkim koszalinianom życzę.

Parkingowe akrobacje

7 lipca wyzerowały mi się na koncie punkty karne. Przyznaję: zdobyłam je dzięki fotoradarom i policjantom z suszarą”. To boli, bo miesięcznie robię wiele kilometrów (czy 90 km/h za miastem to nie jest przesada???). Ale nigdy nie dostałam mandatu za złe parkowanie. I nie dostanę, bo tego nie robię.

A jeśli ja potrafię, to dlaczego inni nie?

parkMam ochotę zagryźć zęby na kierownicy, kiedy wyjeżdżam spod domu i muszę się nieźle nagimnastykować, żeby wyminąć auta pozostawione na zakrętach po obu stronach skrzyżowania. To droga wewnętrzna, więc ani policja, ani strażnicy miejscy interweniować z blankietem mandatów nie mogą. Zatem hulaj dusza, piekła nie ma! A gdyby tak ambulans, albo wóz staży pożarnej chciał wjechać? Trzeba by było zniszczyć lakier metalik źle zaparkowanych aut, a ja… patrzyłabym ze złośliwym uśmiechem.

Albo parkowanie w centrum Koszalina. Mamy kilka wielkich bezpłatnych parkingów, skąd wszędzie jest blisko – przy banku przy ul. Jana z Kolna, przy ul. Grunwaldzkiej, przy amfiteatrze. Na nich zazwyczaj jest mnóstwo wolnego miejsca, a ulice, gdzie obowiązuje zakaz parkowania, są wprost oblepione samochodami. Bo najlepiej jest zaparkować najbliżej drzwi sklepowych i nie korzystać z własnych nóg. Aż mam ochotę zrobić zdjęcia i zamieścić tutaj. Niech się wstydzą.

W zeszłym roku, wspólnie ze strażnikami miejskimi, prowadziłam na łamach tygodnika “Teraz Koszalin” akcję pod hasłem Parkuj z głową – myśl o innych. Raz w tygodniu, przez kilka godzin, objeżdżaliśmy miejsca wskazane przez Czytelników, gdzie parkingowi akrobaci byli szczególnie uciążliwi. Nigdy nie zdarzyło się tak, żebyśmy w danym miejscu nie natknęli się na źle zaparkowane auto. Trawnik, chodnik, tuż pod znakiem zakazu – kierowcom było i jest wszystko jedno. Najpierw dostawali ostrzeżenie. Drugie spotkanie z tym samym kierowcom kończyło się już mandatem.

Myślę sobie, że niewłaściwe parkowanie to również przejaw braku kultury osobistej. Dlaczego? To proste. Taki delikwent nie szanuje innych uczestników ruchu. Ani pieszych, bo kiedy kobieta z wózkiem musi zejść z chodnika na ulicę, bo niemal całą jego szerokość zajmuje auto, to taki kierowca jest dla mnie zwykłym niekulturalnym prostakiem.

Poważnie się zrobiło, więc dla rozweselenia filmik. O parkowaniu przed garażem.

YouTube Preview Image

Pamiątka z Koszalina

Ola, internautka z Poznania, napisała do mnie ciekawego maila, dotyczącego wpisu o pamiątkach i kulturowym miszmaszu. Zatem wracamy do tematu.

Tym razem rzecz nie dotyczy nadmorskich kurortów, a Koszalina. Ola urlopuje w Sarbinowie i wybrała się do Koszalina na zakupy. “Nie wiedziałam, co jest charakterystycznego w Koszalinie, a chciałam przywieźć jakąś pamiątkę chłopakowi. Coś związanego z Koszalinem. Wiadomo, jak Zakopane, to oscypek; jak Warszawa, to Syrenka. A jak Koszalin, to… fajka wodna!”

O co chodzi? Zrozumiałam, kiedy spojrzałam na zdjęcie.

Fot. Ola z Poznania

Fot. Ola z Poznania

Oto mamy miejsce z pamiątkami.

Ola zwróciła uwagę na coś, czego sama nie dostrzegałam. W sumie, po co mi pamiątki z Koszalina, skoro tu mieszkam. Ale turyści? Mogą coś kupić na Jarmarku Jamneńskim, ale ten nie odbywa się co tydzień. Coś z Muzeum? Chyba z Forum… Brakuje nam markowego produktu, promującego miasto.

Fajka wodna może być czasowym substytutem. Powiem szczerze, że chciałabym taką dostać od kogoś w prezencie. Poważnie. Pomysł super. Ale nie kojarzy się ona z Koszalinem, choć dumnie napis na szyldzie głosi, że to pamiątka.

Macie jakieś pomysły, co może być dobrą pamiątką z miasta, które niedługo się nam powiększy? Piszcie.

A poznanianka Ola dostaje ode mnie koszaliński kubeczek. Za spostrzegawczość i… na pamiątkę.

Tak wygląda moje miasto nocą

LadyJazz w jednym komentarzy poruszyła temat życia nocnego w Koszalinie. W tym konkretnym przypadku pustych ulic, ciszy – zamiast gwaru i śmiechu, czy też tęsknoty za widokiem radosnych grup amatorów szaleństwa i zabawy, której substytutem jest grupka pijanych meneli na ławce w parku. Dlaczego tak właśnie jest?

Koncert w Centrali Artystycznej. Fot. Joanna Krężelewska

Koncert w Centrali Artystycznej. Fot. Joanna Krężelewska

Pokuszę się na małą analizę. Jest bowiem kilka mitów, które postaram się poniżej obalić.

1. W mieście nie ma zbyt wielu lokali. To mit. Jest sporo pubów. Jeśli chodzi o miejsca, w których można potańczyć – wybór jest nieco mniejszy. W wakacje odpada „Kreska”. Z działających można wymienić: Bajkę, Plastelinę, Trocadero, Białego Konia i nowy lokal w Galerii Kosmos (bodaj Onyx). Nie będę ich oceniać, bo akurat sama lubię tylko wtorkową rockotekę w Kreślarni. Reszta do mnie nie mówi.

Mało tego. Zgodnie z zasadą, że popyt nakręca podaż – jeśli byłaby potrzeba tworzenia nowych przybytków tanecznych – pojawiłyby się. Zaręczam, choć ekonomii na studiach nie lubiłam, ta zasada utkwiła mi w pamięci.

2. Ludzie są biedni i siedzą w domach. Kolejna bzdura. Nie jesteśmy biednym społeczeństwem. Wystarczy spojrzeć na korki na ulicach, czy świetnie prosperujące galeriowce. Dbamy też o swój odpoczynek, fundując sobie różne rozrywki. W tym wieczorne wypady do knajp. W piątkowy wieczór Warka, Kowal czy Green Pub nie świecą pustkami. A jednak ulice nie są zatłoczone… Idźmy jednak dalej.

3. Oferta jest mało atrakcyjna. Nie zgodzę się. Nie znoszę wprost ludzi, którzy mówią, że „w mieście nic się nie dzieje”. To dla mnie leniwcy, którzy nie chcą sobie zadać trudu (ale mi trud, skoro mają to w internecie podane jak na tacy) i sprawdzić, co i gdzie się dzieje. Imprez – wystaw, koncertów, kursów i rozrywek – jest wiele. Inna kwestia, czy są one ciekawe. Na przykład – nie interesują mnie chóry polonijne, ale noc w Multikinie już tak. Są zatem dwie imprezy do wyboru, a nie jedna. Mam wybór, a skoro tak, to znaczy, że coś się dzieje. Takie przykłady można mnożyć.

4. Miasto jest małe. I to jest przyczyna. Imprezujemy w knajpce, a potem pomykamy do domu. W Koszalinie nie uprawia i nigdy uprawiało się nie będzie clubbingu. Żeby, szczególnie zimą, czy paskudną jesienią (brrr…) zmienić lokal, trzeba wziąć taksówkę. A to zbędny wydatek. Poza tym, lokale nie różnią się specjalnie klimatem, więc w sumie po co ów clubbing uprawiać. To nie Londyn, gdzie na Soho knajpy kuszą co kilka metrów, a każdej czekają inne atrakcje. To nie Warszawa, gdzie modnie jest pokazać się w trzech pubach jednego wieczoru. To Koszalin. Imprezujemy, ale kameralnie. Bez spacerowania. I to się nie zmieni.

Parkowy koszmarek

Z założenia rzeźba ma być urokliwa. Zachwycać. Przykuwać wzrok. Oczywiście, może się też nie podobać i wzbudzać kontrowersje. Ale żeby straszyć? Bo TO z pewnością uroku nie dodaje jednemu z moich ulubionych miejsc w Koszalinie. Oto, co mijam przy okazji spacerów w Parku Książąt Pomorskich:

dsc01688

dsc01685

Miejski koszmarek. Kiedyś może urokliwy, dziś z trudem można rozpoznać w „tym” kobietę. Stoi przed stawem, od strony ulicy Młyńskiej.

Pokazałam fotografię znajomej, która pasjonuje się sztuką i poprosiłam o opinię. Rozbawiła mnie mówiąc, że to wygląda, jakby postać kobiety pokrywała gruba warstwa ptasich odchodów. Trafiła w sedno.

Szkoda, że nasi włodarze tak rzadko spacerują po mieście. Zamiast wozić się służbowymi autami, mogliby raz na jakiś czas skorzystać z własnych nóg. Może zauważyliby, że w wielu miejscach, którymi szczyci się Koszalin (a rozległy park jest pierwszy w szeregu), jest mnóstwo rzeczy, które niestety szpecą.

A ten „pomnik” warto by zburzyć, zaorać, zapomnieć. No chyba, że popełniam tu gafę rozmiarów Mount Everestu i rzeźba ta jest cennym zabytkiem. W takim razie czas najwyższy ją odnowić. Albo chociaż przenieść do muzeum, gdzie w rzędzie ze skorupami i innymi potłuczonymi garnkami nie będzie tak się rzucać w oczy.

Powrót do przeszłości

Dni Koszalina zaczęły się całkiem hucznie. I świetnie! Nie jestem człowiekiem, który do pełni szczęścia potrzebuje ciszy sielskiej wsi. Lubię zatłoczone ulice, gwar, śmiech, pełne knajpki i mnóstwo atrakcji. Może dlatego tak bardzo kocham Londyn i Berlin.

Ale do rzeczy. Koszalinowi do wymienionych stolic sporo brakuje, co nie znaczy, że nie ma potencjału. Ma. Pokazały to ostatnie imprezy – Noc Muzeów i weekendowe święto miasta. I właśnie przy okazji tego drugiego przypomniała mi się rozmowa z panem Jankiem, właścicielem jednego z moich ulubionych koszalińskich pubów. Człowiek ten jest miłośnikiem Koszalina. Mieszka tu 55 lat, naprawdę kocha nasze miasto i zna mnóstwo jego sekretów, a do tego nieziemski z niego gawędziarz. Ma wspomnienia, których mu zazdroszczę. Otóż powiedział mi, że na stawie w Parku Książąt Pomorskich działała kiedyś knajpka. Dokładnie – bar z gorącą herbatą na wysepce. Wokół wisiały kolorowe światełka, były megafony, z których sączyła się muzyka. Zimową atrakcją było lodowisko. Fajnie…

Co widziałam w weekend w tym samym miejscu? Łódki na stawku, a w nich roześmiane dzieci, na trawnikach młodzi ludzie prezentowali sztuki walki, obok zabawa w puszczanie baniek mydlanych i jeszcze wiele innych atrakcji. Wcale nie takich wymyślnych. Wystarczyły jednak, żeby tłumnie stawić się w centrum zielonego miasta i tak po prostu bawić.

Czy nie warto zatem zastanowić się nad konkretnym zagospodarowaniem naszego parku? Niechże będzie to miejsce, które przyciągną mocą atrakcji w każdy weekend. To mógłby być taki przedsmak projektu Jerzego Kalickiego, dyrektora Muzeum. Chce on bowiem stworzyć wzdłuż Dzierżęcinki kulturowe zagłębie, miejsce, które do późna tętniłoby życiem i kolorami. Pełnego właśnie drobnych, ale stale organizowanych imprez. Taki koszaliński Monciak. Trzymam kciuki i czekam tylko aż władze miasta pochylą się nad pomysłem.