1:0 dla książki
Charyzma jednego aktora, choć ogromna, nie jest gwarantem udanej sztuki. Dowiodła tego ostatnia premiera Bałtyckiego Teatru Dramatycznego.

Stanisław Górka jako Colas Breugnon. (Fot. Radek Koleśnik)
Premiera na małej scenie BTD, czyli “Colas Breugnon”, to sceniczna adaptacja powieści o tym samym tytule autorstwa Romaina Rollanda, francuskiego pisarza, noblisty z 1915 r. O ile książka jest jedną z najbardziej optymistycznych pozycji w światowej literaturze, z oceną sztuki mam pewien problem. Z założenia miało być bardzo rozrywkowo – soczysty humor, piosenki paryskiego barda Georgesa Brassensa komentujące zjawiska obyczajowe i proste przesłanie – carpe diem – chwytaj dzień. Wyszło raczej kabaretowo i groteskowo.
Zacznijmy jednak od plusa, który należy się jednej osobie. W rolę tytułowego bohatera wcielił się Stanisław Górka, znany szerokiej publiczności z roli Zbyszka w serialu “Plebania”. Grał imponująco, był niezwykle charyzmatyczny i przekonujący. Opowiedział o roku z życia Colasa i tego Colasa z brodą i rozczochraną czupryną nie da się nie lubić. Prosty stolarz jest mądry w życiowy sposób. Jego sposobem na życie jest dobroduszność, harmonia i czerpanie z życia tyle, ile można z niego tylko wycisnąć. Pogoda ducha pozwala mu wyjść z każdej opresji. Nie ocenia który światopogląd jest lepszy, “bo każdy ocenia świat tylko z jednej strony”. Trochę w nim błazna, trochę filozofa, ale takie podejście do życia wychodzi mu tylko na dobre.
I gdyby sztukę pozostawiono na barkach Stanisława Górki, byłoby zdecydowanie lepiej. Zaufałabym mu, wierząc, że przez półtorej godziny jego osobowość i umiejętności sprawią, że widownia będzie trwać constans w transie zainteresowania. Niestety, zbyt często na scenie pojawiał się chórek śpiewających aktorów, którzy zapewne mieli odbębnić część rozrywkową. Owszem, bywało sprośnie, ale to za mało. Rozrywka to nie wulgaryzm, który wywołał poruszenie wśród widowni. Ze sztuki z potencjałem, z możliwego rewelacyjnego monodramu wyszedł spektakl gminny. Nawet to “carpe diem” było rozproszone i umykało.
Do tego wątpliwej urody scenografia Izabeli Toroniewicz. Oto pod sufitem warsztatu stolarza z dawnej Francji wisi pomarańczowy kwadrat, z niego ciągną się czerwone sznurki, które ostatecznie splatają się w jednym punkcie. Przerost formy nad treścią.
Książka Rollanda z lekkością daje czytelnikowi nieposkromioną radość, lektura napawa energią i uczy, że życie powinniśmy kochać każdego dnia takim, jakie ono jest. Warto ją mieć przy sobie, traktować jako podręcznik i często do niej wracać. Na powtórkę w BTD nie mam ochoty.


18 luty 2010 (Czwartek), godz. 11:04
Nie dla mnie, teatr mnie nudzi, a Plebanii nie oglądam
A tak poza tym to chciałem napisać, że jesteś niesamowitą pisarką, bo chyba pierwszy raz zdarzyło mi się, że dobrze mi się czytało o czymś czego nie lubię.
17 marzec 2010 (Środa), godz. 17:01
hey bardzo wciągają mnie twoje artykuły na rózne tematy , i bradzo gratuluje ci tej jak by to nazwać weny do pisania takich artykułów :*