Osiem łap i problem
Po dłuższej urlopowej przerwie wracam. I, niestety, miło nie będzie. Bo dziś o totalnej bezmyślności i głupocie pewnych mieszkańców mojego miasta.
Sprawa dotyka mnie w sposób podwójny, bowiem od niedawna jestem właścicielką dwóch czworonogów. Do Stefana, koktajlu ras amstaff i labrador retriever dołączyła młodziutka Zuza, czarna labradorka. I mogłabym godzinami pisać o układaniu tych cudownych typów, o absorbujących szkoleniach i dwóch parach ślicznych ślepi wlepiających się we mnie, kiedy pada hasło „micha”. (Zastanawiam się nawet czy tego nie robić, bo ciekawym byłoby wymienianie się doświadczeniami i spostrzeżeniami z innymi miłośnikami psów. Co wy na to?)
Zuza i Stefan
Ale teraz do sedna. Otóż dwie gadziny potrzebują spacerów. Normalne. Normalny jest też psi instynkt, który sprowadza się do prostego zachowania: jedzenie – pies je. Dlatego nie mogę winić psa, który posiadając węch absolutny, wynajduje w mig wyrzucone przez jakiś idiotów na trawnik kości.
Czy ci ludzie nie zdają sobie sprawy co robią? Zielone kości, które leżą kilka dni na trawie, porośnięte bóg wie czym, z bóg wie jakimi koloniami, trafiają do żołądków moich psów. Co potem – nietrudno się domyślić.
To ma być gest franciszkański? Nie ma w mieście bezdomnych psów, które żyją dzięki wyrzuconym kościom czy przeterminowanym mięsom. Są za to właściciele, którzy nie chcą, żeby ich podopieczni zjadali rozkładające się odpady. Jestem na przykład ja, która rozdziawiam najpierw dużą stefanową paszczę i wyciągam to paskudztwo, a potem ten sam zabieg stosuję na małej paszczy zuzinej.
Zatem proszę i apeluję: śmieci wrzucamy do śmieci! Nie na trawnik. Gestem będzie zawiezienie jedzenia do schroniska – tam psy potrzebują pomocy.
A jeśli się to nie zmieni – obiecałam już sobie, że wyśledzę na osiedlu, kto wyrzuca kości na trawnik i przekażę strażnikom miejskim info o zaśmiecaniu. A to przecież wykroczenie.

