platforma blogowa portalu głos koszaliński

Archiwum: październik 2009

Agresja – c.d.

Czy ja za stara już jestem, czy nie umiem się bawić? Mam 26 lat i czasem ochotę najzwyczajniej w świecie pobawić się, wytańczyć i poskakać. Ostatnio próba poimprezowania wyglądała tak:

Wtorkowa rockoteka, 20 października, Kreślarnia. Na parkiecie spory tłum. Wiecie jaka jest dziś ulubiona zabawa „tańczących”? Biorą spory rozpęd i zderzają się ze sobą, przewracając, popychając i mocno szturchając innych. Myślałam, że się wścieknę.

Najbardziej rozbrykany punk (chyba, bo się już w tych emo i innych pogubiłam) po chwili miał już rozbity łokieć. Nie chciałam ryzykować, że pokrwawi mi ubranie więc wróciłam do stolika.

W międzyczasie parkiet wzbogacił się o awangardowe ozdoby w postaci pobitych pokali. Ryzyko poważniejszej kontuzji w postaci rany ciętej nie odstraszyło jurnych chłopców, którzy zdawało się, że niedawno pozbyli się trądzika młodzieńczego, od dziwnych samczych godów.

Najciekawsze, a może najbardziej przerażające jest to, że piętro niżej, przy wejściu, siedziało sobie czterech rosłych (opasłych?) ochroniarzy. Pili soczek, wcinali ciacho i pilnowali, żeby każdy zapłacił 5 zł za wstęp. Nie zainteresowało ich, co się dzieje na parkiecie. Gaworzyli radośnie, a na parkiecie krwawiący koleś ewidentnie szukał zaczepki.

Agresor mi się włącza w takich przypadkach.

No i gdzie się bawić?

Parafinowa agresja

Myję naczynia i wciąż o tym myślę. Czekam aż spod sterty talerzy i garnków zobaczę wreszcie, że to faktycznie kuchnia. Zobaczyłam, ale nie zadziałało kojąco. Muszę to opisać.

Było tak – wczoraj wieczorem byłam na koncercie Laboratorium w Kryterium. Obok siedziała pani po trzydziestce. Najpierw usiłowała nagrać koncert na komórkę, a że miała wielki wyświetlacz, dawała światłem nieźle po oczach. Zmierzyłam ją raz czy dwa razy, a podobno mrożę spojrzeniem, więc babeczka zasłoniła wyświetlacz.

Słucham dalej. Nie, dziś bez recenzji. Laboratorium to klasyk, legenda jazzowej improwizacji, więc jak słowa mogą oddać to, co usłyszeć trzeba…

Nie dane było się rozkoszować, bowiem w pewnej chwili rozniósł się wokoło paskudny smród parafiny. Obywatelka sąsiadka wyciągnęła z torebki parafinę w butelce, wylała solidną porcję na dłonie i zaczęła się smarować. Sąsiedzi z rzędu przed nami popatrzyli na mnie z pytajnikami w oczach. – To nie ja! – starałam się żeby i moje spojrzenie było czytelne i wymownie skinęłam na NIĄ. A ta obok w najlepsze wcierała parafinę.

Jak bardzo trzeba być skoncentrowanym na sobie, jak wielka to ignorancja, żeby uprawiać kosmetyczne zabiegi w sali wypełnionej po brzegi ludźmi, którzy przyszli na koncert. Co będzie następne? Amatorka gładkich rąk będzie obcinać paznokcie, a może weźmie nić dentystyczną i wetknie ją do paszczy w trakcie solo na perkusji. Żenada. W takich momentach włącza mi się agresor.

Anatomia chorej cywilizacji

Spodziewałam się, że “Szewcy” Piotra Ratajczaka pokażą kilka brutalnych prawd o nas. Nie przewidziałam, że będą tak ostrym skalpelem dla wiwisekcji na mózgu widza.

BTD4

Sobotnia premiera w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym dowiodła, że nowy spektakl to nie widowisko dla każdego. Jedni będą po nim stać i intensywnie klaskać, inni nie będą w ogóle bić braw. I dobrze, bo wreszcie BTD stworzył zróżnicowane teatralne menu, a nie papkę dla mas.

Reżysera Piotra Ratajczaka poznaliśmy za sprawą spektaklu “Wodzirej. Koszalin Kulturkapf”, opowieści o nas samych. W “Szewcach” chciał zapytać nas o kondycję współczesnej polityki, kultury i społeczeństwa. I zmusić nas do odpowiedzi. Udało się.

“Szewcy”, czyli najbardziej znany dramat Witkacego, został na potrzeby widowiska mocno zmieniony. Dramaturg Jan Czapliński ingerował w tekst i połączył go z szeregiem współczesnych odniesień. Dzięki temu, zamiast nużącego trzygodzinnego spektaklu, mamy lustro dzisiejszego popświata w pigułce.

Już pierwsze sekundy zapowiadają pulsującą dynamizmem sztukę. Pokaz mody, w którym obok papieża maszeruje Hitler, wprowadza w rytmiczny trans. Całe przedstawienie ma rytm i dzięki temu, że grane jest bez przerwy, widz nie wybija się z niego. Całość uzupełnia rewelacyjnie dobrana muzyka.

Główna myśl Witkacego pozostała – jest zamach stanu z obawy przed buntem pracowników, są wielkie idee, jest rewolucja i ślepy pęd do zaspokajania żądz. Relacja z rewolucji przypomina połączenie filmu “Matrix” i popularnych programów na kanałach muzycznych, gdzie obraz kręcony kamerą z ręki obowiązkowo musi być rozedrgany.

Brutalnie odarte z przegadania są wielkie idee. Żądni władzy Sajetan Tempe (Wojciech Rogowski) i Robert Scurvy (gościnnie Robert Zawadzki, który zdecydowanie wyróżniał się na tle aktorów) podczas debaty zakładają na siebie kolejne obrania. Strój Che Guevary stapia się z togą dalajlamy, a swastyka łączy się z pasiakami z obozu koncentracyjnego. To pokazuje, że wielkie myśli polityczne są niewiele warte, bo i tak wszystko trafi do jednego kotła, w którym mieszają elity. Liczysz się tylko ty. Tu i teraz. A jeśli weźmiesz udział w wyścigu szczurów – przegrasz z kretesem.

Co wrażliwsze dusze mogą się nieco obruszyć na sceny orgii, rozbierania do rosołu i braku jakichkolwiek świętości. Uważam jednak, że w żaden sposób nie spłyca to spektaklu, a jedynie wyostrza mankamenty współczesnego świata. Bo skoro golizna w telewizorze nie razi, dlaczego ma razić w teatrze?

Diagnoza spłyconego problemu

Zaczyna się od wstrząsającego obrazu – młoda i piękna dziewczyna, absolutnie nieszczęśliwa, bo dokładnie zna przyszłe etapy swojego życia, postanawia się zabić. Potem jest nieco sennie i, niestety, trywialnie.

wer

Film „Weronika postanawia umrzeć” zainteresował mnie z dwóch powodów. Po pierwsze reżyseruje go Emily Young, która ukończyła wydział reżyserii w łódzkiej filmówce. Ma ona na swoim koncie rewelacyjny dokument „Wieża Babel” o Henryku Kowalczyku, niewidomym rzeźbiarzu. Drugi powód jest taki, że w czasach licealnych sięgałam po książki Paulo Coelho. Dziś są dla mnie zbyt naiwne, za dużo w nich moralizatorstwa i niepotrzebnego obwieszczania prawd uniwersalnych (z ciekawości przeczytałam ostatnią książkę, jaką Coelho popełnił – „Zwycięzca jest sam”. Nuda. Pozornie głęboki nibythriller. Brrr). Miałam nadzieję, że z tego wyciskacza łez dla egzaltowanych nastolatek reżyserka wyłuska coś ciekawego.

- To drugi „Lot nad kukułczym gniazdem” – zachwycał się autor jednej z recenzji. Nie wiem dlaczego. Po wielkim uderzeniu, czyli świetnie zmontowanej scenie samobójstwa, na brawa zasługuje pomysł z bliskimi planami, kiedy widz zaczyna czuć niemal fizyczną bliskość z bohaterami. Minusem jest ewidentne spłycenie fabuły.

Weronika nie chce żyć, bo jej życie to spełnianie marzeń innych, realizacja ich planów. Zostaje jednak odratowana i trafia do Vilette, ośrodka dla osób z problemami psychicznymi. Tam słyszy diagnozę: użycie tabletek do próby samobójczej trwale uszkodziło jej serce. Ma kilka tygodni życia przed sobą.

W obliczu choroby i odliczania godzin do śmierci dziewczyna diametralnie się zmienia. Odkrywa, że świat jest cudem, a każdy dzień pozwala nam tego doświadczać. Oczywiście, nie jest trudno domyślić się, że swoje zrobił pewien przystojniak, bo Coelho musi przecież „uświadomić” nas, że to miłość jest najważniejsza.

Niestety, przemiana jest przedstawiona w sposób okropnie powierzchowny, przez co historia nie jest wcale wiarygodna. Szkoda, że pominięto wątek psychiatry, który stosuje niekonwencjonalne metody leczenia i rodziny Weroniki. Nie istnieją inni pacjenci, wszystko jest banalne.

Pozytywnie zaskoczyła mnie Sarah Michelle Gellar , znana z amerykańskiego serialu „Buffy postrach wampirów”. Grała przekonująco i udowodniła, że ma potencjał. Czekam na poważniejsze role.

I żeby nie było wątpliwości – nie żałuję czasu spędzonego w kinie, a to za sprawą Murray Gold. Dzięki tej osobie film spowity jest w genialną ścieżkę dźwiękową, smętną, idealnie nastrojową. Gdyby zatem bilet był o połowę tańszy, a w sali byłby tylko dźwięk, posłuchałabym raz jeszcze.