To ważny głos
Powiedział, że w życiu można napisać tylko jedną ważną książkę i nią właśnie jest „Żelazna orchidea”. Mam nadzieję, że Marek Jankowski, koszalinianin, architekt i jak się okazało zwinny pisarz, zrewiduje jeszcze to zdanie.
Nie opowiem historii, którą przedstawił w swojej powieści, bo nie chcę nikomu odbierać przyjemności poznania bohaterów osobiście. W tym wielkiego bohatera, jakim jest dawny – przedwojenny i powojenny – Gdańsk. Dla mnie niesamowite było umiejętne połączenie historycznych faktów z własną fabułą. Imponuje mnogość detali, które tworzą ogólną panoramę. Dzięki takim zabiegom czytelnik zastanawia się, czy bohater aby nie istniał naprawdę.
Historia dziecka, które ukrywa swoją tożsamość w szpitalu psychiatrycznym jest wstrząsająca (wyobrażacie sobie udawać przez kilka lat autyzm? nie odzywać się jednym słowem?). Fragmenty, kiedy Marek Jankowski skupia się na opisywaniu sytuacji osób chorych psychicznie w czasie II wojny światowej, dodają do epitetów, jakimi można określić „Żelazną orchideę” – powieść psychologiczna.
Ale tak naprawdę to ogromnie ważny głos w świecie nas żywych, o osobach, które były ofiarami ludobójczej wojny. Głos – nie krzyk – zrównoważony, przemyślany, który obnaża totalitarna ułudę. Przypomina o Akcji T4, w ramach której Hitler mordował osoby kalekie i upośledzone w imię „higieny rasowej”. Wyraźnie pokazuje absurd nawet już powojennej nomenklatury – kiedy Niemcy przyznając się do zbrodni w Szpęgawskim Lesie nazwali je „nielegalnymi rozstrzeliwaniami” (to są legalne???).
Po przeczytaniu tej książki jestem pewna, że pan Marek jest głęboko przejęty sprawami naszego kraju. Nie dziwię się, że musiał zabrać głos w czasach, kiedy wciąż mówi się o polskich obozach koncentracyjnych. I zgadzam się z jego pomysłem, że wbudowanie kamienia węgielnego pod budowę berlińskiego Muzeum Wypędzonych jest próbą upamiętnienia kata i udawaniem ofiary. Próbą zakłamania historii. Próbą odwrócenia uwagi od zbrodni.
Dlatego polecam tę książkę. Bo warto pamiętać. Nie rozpamiętywać i żywić urazę. Można budować zgodną przyszłość, pamiętając o bolesnej przeszłości. Z tym ma problem pani Steinbach, której szczerze nie znoszę. Przez takich bowiem ludzi niepotrzebnie podsycana jest nienawiść.
I na koniec: liczę, że koszaliński architekt nie przestanie pisać. Chciałabym przeczytać ciąg dalszy historii Łukasza (ten moment z piciem kawy w szklankach po musztardówkach mówi mi, że o PRL-u też ma pan sporo do powiedzenia).

