platforma blogowa portalu głos koszaliński

Archiwum: maj 2009

To ważny głos

ksiazkaPowiedział, że w życiu można napisać tylko jedną ważną książkę i nią właśnie jest „Żelazna orchidea”. Mam nadzieję, że Marek Jankowski, koszalinianin, architekt i jak się okazało zwinny pisarz, zrewiduje jeszcze to zdanie.

Nie opowiem historii, którą przedstawił w swojej powieści, bo nie chcę nikomu odbierać przyjemności poznania bohaterów osobiście. W tym wielkiego bohatera, jakim jest dawny – przedwojenny i powojenny – Gdańsk. Dla mnie niesamowite było umiejętne połączenie historycznych faktów z własną fabułą. Imponuje mnogość detali, które tworzą ogólną panoramę. Dzięki takim zabiegom czytelnik zastanawia się, czy bohater aby nie istniał naprawdę. 

Historia dziecka, które ukrywa swoją tożsamość w szpitalu psychiatrycznym jest wstrząsająca (wyobrażacie sobie udawać przez kilka lat autyzm? nie odzywać się jednym słowem?). Fragmenty, kiedy Marek Jankowski skupia się na opisywaniu sytuacji osób chorych psychicznie w czasie II wojny światowej, dodają do epitetów, jakimi można określić „Żelazną orchideę” – powieść psychologiczna.

Ale tak naprawdę to ogromnie ważny głos w świecie nas żywych, o osobach, które były ofiarami ludobójczej wojny. Głos – nie krzyk – zrównoważony, przemyślany, który obnaża totalitarna ułudę. Przypomina o Akcji T4, w ramach której Hitler mordował osoby kalekie i upośledzone w imię „higieny rasowej”. Wyraźnie pokazuje absurd nawet już powojennej nomenklatury – kiedy Niemcy przyznając się do zbrodni w Szpęgawskim Lesie nazwali je „nielegalnymi rozstrzeliwaniami” (to są legalne???).

Po przeczytaniu tej książki jestem pewna, że pan Marek jest głęboko przejęty sprawami naszego kraju. Nie dziwię się, że musiał zabrać głos w czasach, kiedy wciąż mówi się o polskich obozach koncentracyjnych. I zgadzam się z jego pomysłem, że wbudowanie kamienia węgielnego pod budowę berlińskiego Muzeum Wypędzonych jest próbą upamiętnienia kata i udawaniem ofiary. Próbą zakłamania historii. Próbą odwrócenia uwagi od zbrodni.

Dlatego polecam tę książkę. Bo warto pamiętać. Nie rozpamiętywać i żywić urazę. Można budować zgodną przyszłość, pamiętając o bolesnej przeszłości. Z tym ma problem pani Steinbach, której szczerze nie znoszę. Przez takich bowiem ludzi niepotrzebnie podsycana jest nienawiść.

I na koniec: liczę, że koszaliński architekt nie przestanie pisać. Chciałabym przeczytać ciąg dalszy historii Łukasza (ten moment z piciem kawy w szklankach po musztardówkach mówi mi, że o PRL-u też ma pan sporo do powiedzenia).

Powrót do przeszłości

Dni Koszalina zaczęły się całkiem hucznie. I świetnie! Nie jestem człowiekiem, który do pełni szczęścia potrzebuje ciszy sielskiej wsi. Lubię zatłoczone ulice, gwar, śmiech, pełne knajpki i mnóstwo atrakcji. Może dlatego tak bardzo kocham Londyn i Berlin.

Ale do rzeczy. Koszalinowi do wymienionych stolic sporo brakuje, co nie znaczy, że nie ma potencjału. Ma. Pokazały to ostatnie imprezy – Noc Muzeów i weekendowe święto miasta. I właśnie przy okazji tego drugiego przypomniała mi się rozmowa z panem Jankiem, właścicielem jednego z moich ulubionych koszalińskich pubów. Człowiek ten jest miłośnikiem Koszalina. Mieszka tu 55 lat, naprawdę kocha nasze miasto i zna mnóstwo jego sekretów, a do tego nieziemski z niego gawędziarz. Ma wspomnienia, których mu zazdroszczę. Otóż powiedział mi, że na stawie w Parku Książąt Pomorskich działała kiedyś knajpka. Dokładnie – bar z gorącą herbatą na wysepce. Wokół wisiały kolorowe światełka, były megafony, z których sączyła się muzyka. Zimową atrakcją było lodowisko. Fajnie…

Co widziałam w weekend w tym samym miejscu? Łódki na stawku, a w nich roześmiane dzieci, na trawnikach młodzi ludzie prezentowali sztuki walki, obok zabawa w puszczanie baniek mydlanych i jeszcze wiele innych atrakcji. Wcale nie takich wymyślnych. Wystarczyły jednak, żeby tłumnie stawić się w centrum zielonego miasta i tak po prostu bawić.

Czy nie warto zatem zastanowić się nad konkretnym zagospodarowaniem naszego parku? Niechże będzie to miejsce, które przyciągną mocą atrakcji w każdy weekend. To mógłby być taki przedsmak projektu Jerzego Kalickiego, dyrektora Muzeum. Chce on bowiem stworzyć wzdłuż Dzierżęcinki kulturowe zagłębie, miejsce, które do późna tętniłoby życiem i kolorami. Pełnego właśnie drobnych, ale stale organizowanych imprez. Taki koszaliński Monciak. Trzymam kciuki i czekam tylko aż władze miasta pochylą się nad pomysłem.

Nikotynowa antykrucjata

Nie będę poprawna politycznie. Nie w tej kwestii. Rządy, parlamenty i rzędy zwykłych obywateli prowadzą potężną kampanię antynikotynową. I choć prywatnie lubię czuć smak tytoniu na podniebieniu, od dłuższego czasu żyję z piętnem palacza. A raczej żyłam, bo oto w ręce wpadła mi książka “Tytoniowy szlak”, którą niedawno popełnił Krzysztof Teodor Toeplitz.

Uświadomiła mi ona, że palacze od wieków tworzą kulturę, o której nie miałam dotąd pojęcia. Niemożliwe? Dajcie się zabrać autorowi w liczącą ponad pięć wieków tytoniową podróż. Toeplitz pokazuje, że obyczaj palenia, żucia czy wciągania tytoniu pod postacią tabaki podlega historycznej ewolucji. To, co nazywamy kulturą, nie wyczerpuje się bowiem  na literaturze, muzyce czy malarstwie, ale jest zjawiskiem znacznie szerszym. Ot choćby kultura picia herbaty czy też wina. Dlaczego z tego kręgu wykluczać palenie tytoniu?

Spójrzmy na taką Carmen. Była pracownicą fabryki tytoniowej, wyrabiającej cygara, którą otwarto w 1758 roku w Sewilli. Prosper Mérimée czyni ją bohaterką swojego opowiadania (1845 rok), a 30 lat później Bizet komponuje na jego podstawie słynną operę. Mało? A papieros, który towarzyszy żołnierzowi w każdym filmie o II wojnie światowej – jest ostatnim, o co prosi ranny, jest tym, czym chłopcy w okopie się dzielą. Albo Humphrey Bogart – czyli kinowy człowiek z papierosem, który styl palenia pokazał w „Casablance”.

Dziś rewolucja kulturalna stara się nam papierosy zabrać. I nie pomagają hasła typu „palenie jest tańsze niż psychiatra i lepsze niż załamanie nerwowe”. Palacz jest stawiany pod pręgierzem, choć palenie jest jego wyborem, którego dokonuje w ramach przepisów prawa.

Kilka miesięcy temu, w Anglii, widziałam tłumy palaczy, którzy kłębili się przed pubami, a do lokalu wchodzili tylko na kilka szybkich łyków piwa. Albo klatki na dworcach czy lotniskach, o których rozpisuje się Toeplitz. W szklanym pudle ludzie ściśnięci jak sardynki pospiesznie łykają dym, a reszta patrzy na nich, jak na małpy w zoo. Zupełnym paradoksem jest już stawianie ograniczeń palaczom w Holandii, gdzie bez problemu można zapalić jointa w pubie.

Rodzi się pytanie: jeśli wykluczymy z naszego życia społecznego palenie, które zakorzeniło się w już naszej kulturze, czym wypełnimy opustoszałą przestrzeń? Macie jakiś pomysł?

Ja nie. Dlatego nie zrezygnuję z tonizującego moje nerwy nałogu.

Ps. Książkę naprawdę polecam, bo można się z niej dowiedzieć niesamowitych rzeczy. Jak na przykład: skąd wziął się zwyczaj palenia, kto przywiózł tytoń do Europy czy poznać historię człowieka, który z powodu palenia został uwieziony przez Inkwizycję.

Qltura kapelutków

Kiedyś uważałam, że największy komplement, jakim zostałam jak to się mówi kopnięta, brzmiał: “Aśka, ty jeździsz jak facet”. Dziś wolę być za kółkiem sobą, a po dziewięciu latach obserwowania innych kierowców, wcale nie uważam, że panowie są szczególnie predysponowani do bycia w tej materii lepszymi. Zresztą, nie wprowadzajmy współzawodnictwa płci. Dziś o czymś innym.

Jeżdżę dużo, bo muszę i lubię. Nie uważam się za ekspertkę od typologii kierowców, ale swoje zdanie, w terenie wyrobione, mam. Najniebezpieczniejszym egzemplarzem kierowcy jest dla mnie bez dwóch zdań pan (!) w kapelutku tudzież innym bereciszu, który próbuje okiełznać pojazd mechaniczny z pozycji fotela przysuniętego maksymalnie do przedniej szyby. Zanim spadną gromy na mą rozczochraną głowę – słowo wyjaśnienia. Nie mam nic przeciwko starszym osobom za kółkiem. O ile oczywiście osoby te nie mają przeciwwskazań zdrowotnych.

Kilka razy zdarzyło mi się cudem uskoczyć (jako kierowca i pieszy) przed autem takiego jegomościa.

Oto cechy charakterystyczne kapelutków: jak sama nazwa wskazuje, obowiązkowe jest nakrycie głowy, często uniemożliwiające swobodne nią kręcenie, w skrajnych przypadkach ograniczające pole widzenia; często jedzie środkiem drogi, naruszając integralną część lewego pasa (stąd również ksywa półpasiec); prawa i lewa półkula mózgu zdają się nie pracować równocześnie, przy czym jedna odpowiada za obsługiwanie kierownicy, druga winna pamiętać, że przy skręcaniu używać należy kierunkowskazów; spowolnione reakcje; zainteresowanie urokliwymi kamienicami, zielenią miejską czy też kościelną wieżą utrudnia koncentrację na drodze. Poza miastem typ rzadko spotykany. Jeśli już, to porusza się z prędkością szkapy z „Naszej szkapy” i za klejnoty Elżbiety II nie zjedzie na prawą stronę przy próbie wyprzedzenia.

Mam jeden wniosek formalny. Chciałabym, żeby prawo polskie nakazało wreszcie kierowcom terminowych obowiązkowych badań lekarskich. Załóżmy co pięć lat. Ich celem jest przecież wykrycie potencjalnych przeciwwskazań zdrowotnych (fizycznych i psychicznych) do prowadzenia pojazdu. I nie ma się tu o co oburzać. Leży to w gestii nas wszystkich – użytkowników dróg, ale i chodników.

A czy Wy macie podobne obserwacje, dotyczące kierowców? Może stworzymy galerię typów i osobliwości? Piszcie na maila: joanna.krezelewska@gk24.pl lub w komentarzach.

Bezkrytyczność mnie boli

Można być wyśmianym, zmieszanym z błotem, pochwalonym, wysławianym pod niebiosa. Jak będzie? To już ryzyko twórcy, który korzystając właśnie ze świętego prawa do wolności tworzenia, wystawia się na pewną krytykę. Do niej chcę namówić Ciebie.

Artysta. Kto to jest? Tak się przedstawiły dwie młode dziewoje z Grupy Sędzia Główny, które jakiś czas temu odwiedziły Koszalin. Emocje moje wzbudziły do tego stopnia, że od nich zaczynam swoje pisanki.

Aleksandra Kubiak i Karolina Wiktor pokazały performance w Galerii Scena. Koszalińska bohema piała z zachwytu, a ja nie. W skrócie: miało się zacząć o godz. 18, ale grupy ciekawskich – w tym mnie – nie wpuszczono. Spragnieni duchowych doznań weszliśmy po dziesięciu minutach i zobaczyliśmy NIC. Z głośników syczał damski głos, pytając jeśli dobrze pamiętam: „gdzie jesteś?”. Tak przez 20 minut. Koniec.

Zdezorientowane miny młodych ludzi mówiły same za siebie. Aż tu nagle kilku członków nazwijmy to „koszalińskiej bohemy” z zachwytem zaczyna piać peany na cześć artystek. „Spóźniliśmy się, więc nic nie zobaczymy. To pozwala docenić czas, każda minutę”. Po chwili wszyscy jak jeden mąż, (a raczej jedna żona patriarchatem stłamszona), zaczęli się zgadzać i zbiorowo zachwycać. Umysłowa impotencja? Zebrało mi się na mdłości.

Chwilę potem panie artystki w krótkim filmie sprzedały gorzką pigułkę kolejnych swych pomysłów. Oto włożywszy wcześniej jajka do najintymniejszego zakamarka swojego ciała panie „rodziły” je i częstowały nimi widzów. Szukałam reakcji na twarzach. Widziałam zniesmaczenie (za wyjątkiem kilku uśmiechniętych panów, ale ich błogostan mniemam, że rozumiem). Nikt nie komentował. Ale kiedy organizator zaczął chwalić, wszyscy jęli się zachwycać. Bo tak wypada. Bo to sztuka.

Nie! Sztuką jest to, co my za nią uznamy. I jeśli największy krytyk sztuki podnieca się jajkiem w pochwie, ja mam święte prawo się nie zgodzić. Dla mnie to dno kompletne i zachwycać się nie będę. Nie odbieram nikomu prawa do tworzenia, ale jak coś nie ma pomysłu, ja tego nie kupuję.

Ps. Trylogia Sienkiewicza też jest do bani. Nie dałam rady przebrnąć. Przyznaję się, że okłamałam polonistę.