Wczoraj o godz. 18 zmarł Janek Piątkowski, właściciel Zacisza, kiedyś Antyku, miłośnik Koszalina i ludzi. Dla wielu wraz z Jego śmiercią skończyła się jakaś epoka.
Zaczynało się od gongu. Muzyka milkła, a On zza baru uderzał w ten metalowy atrybut władzy. Wszyscy milkli. Zaczynało się przemówienie.
„Przypominam, że palimy tylko papierosy. Ostatnio są problemy z kanalizacją, wiec papier toaletowy wydzielam przy barze. Widzę dziś nowe twarze, zatem witam serdecznie i przypomnę panujące tu zasady. Pijemy z kufli, bo z butelki możecie sobie w domu piwo wypić……”. Zaczynał się wieczór w Zaciszu. Każdy podobny. Każdy niepowtarzalny.
Szeryf był kimś więcej, jak tylko zaprzyjaźnionym właścicielem pubu. Dla kilku pokoleń był niemal jak ojciec. Jak bratnia dusza. Wyswatał mnóstwo par, między innymi moich przyjaciół – Agę i Rudego, którzy niedawno świętowali dziesiątą rocznice ślubu. Jemu się zwierzaliśmy. On nas potrafił pocieszyć i rozbawić. Zawsze chciał znaleźć i znajdywał czas na pogawędkę ze „starymi” przy stoliku. Zresztą cały jego lokal pełen był nas, bo każdy upominek miał swoje miejsce. I co z tego, że całość przypominała małą rupieciarnię. Była to cudowna rupieciarnia z niepowtarzalnym klimatem.
Szeryf był też ogromnym miłośnikiem Koszalina. Opowiadał mi, jak to było w latach pięćdziesiątych, gdzie chodził na łyżwy i jak przy stawku w parku można było kupić gorącą herbatę.
Jak mało kto kochał ludzi. Miał swoją ścianę pamięci, ze zdjęciami klientów-przyjaciół. Wysyłaliśmy mu kartki zza granicy, a kiedy wracaliśmy do domów, spotykaliśmy się w Zaciszu. Już się z Nim nie spotkamy. Żal.
„Ale to już było i nie wróci więcej
I choć tyle się zdarzyło to do przodu
Wciąż wyrywa głupie serce”
Szeryfie, do zobaczenia w innym Zaciszu.
[*]
Na koniec kilka wspominkowych fotek.

Takim Cię zapamiętam, wesołym, pełnym pozytywnej energii.

Szeryf za barem

Zawsze miał chwilę na rozmowy przy stoliku. Zawsze się interesował.

W jakim innym pubie właściciel dałby mi gitarę? W Zaciszu było jak w domu. Czasem lepiej.