platforma blogowa portalu głos koszaliński

„Zaginiony symbol”

danChoć kolega mój, miłośnik dobrej książki, nie omieszkał okrasić zgryźliwym komentarzem faktu, że sięgam po Tego Typu Czytadła, na najnowszą książkę Dana Browna czekałam niecierpliwie. Po prostu lubię ten stan, kiedy książka wprost przykleja się do dłoni i, choć zegarek pokazuje drugą w nocy, chce się przeczytać jeszcze kilka stron. Taki był „Kod Leonarda da Vinci”. Takie były „Anioły i Demony”. I choć klej nieco słabszy, taki jest „Zaginiony symbol”.

Czytaj dalej…

1:0 dla książki

Charyzma jednego aktora, choć ogromna, nie jest gwarantem udanej sztuki. Dowiodła tego ostatnia premiera Bałtyckiego Teatru Dramatycznego.

Stanisław Górka jako Colas Breugnon. (Fot. Radek Koleśnik)

Stanisław Górka jako Colas Breugnon. (Fot. Radek Koleśnik)

Czytaj dalej…

Fredzia: reaktywacja

Dałam się przekonać – w sobotę poszliśmy ze znajomymi zobaczyć, jak wygląda wyremontowana, nowa Fregata. Uczucia mam (z)mieszane (niewstrząśnięte).

Parkiet Fregaty

Parkiet Fregaty

Czytaj dalej…

Zobacz dzikość przyrody

Najpiękniejsze zdjęcia dzikich zwierząt i rzadkich roślin z całego globu można oglądać w Bałtyckiej Galerii Sztuki. To wystawa godna polecenia.

wystawaEkspozycję tworzą zwycięskie prace z konkursu fotograficznego “Wildlife Photographer of the Year 2009″, organizowanego przez “BBC Wildlife Magazine” oraz Muzeum Historii Naturalnej w Londynie.

Konkurs odbywa się rokrocznie od 1964 roku i w miarę swojego rozwoju stał się najbardziej cenionym i największym w świecie przedsięwzięciem z zakresu fotografii dzikiej przyrody.

Wystawa, pokazywana jest w kilkudziesięciu krajach na wszystkich kontynentach. Po raz trzeci możemy oglądać ją w Koszalinie. To aż 80 zdjęć, nagrodzonych i wyróżnionych w trzynastu kategoriach. Zwycięskie prace wyselekcjonowano spośród ponad 43 tys. fotogramów, wykonanych przez ponad 3,7 tys. autorów z 94 krajów. Po raz drugi w historii wystawy, znajdują się na niej aż trzy zdjęcia wykonane przez polskich fotografów.

Zdjęcia można oglądać do 28 lutego w Bałtyckiej Galerii Sztuki przy ul. Zwycięstwa 105. Wstęp jest wolny.

Odszedł Szeryf, kultowa postać

Wczoraj o godz. 18 zmarł Janek Piątkowski, właściciel Zacisza, kiedyś Antyku, miłośnik Koszalina i ludzi. Dla wielu wraz z Jego śmiercią skończyła się jakaś epoka.

Zaczynało się od gongu. Muzyka milkła, a On zza baru uderzał w ten metalowy atrybut władzy. Wszyscy milkli. Zaczynało się przemówienie.

„Przypominam, że palimy tylko papierosy. Ostatnio są problemy z kanalizacją, wiec papier toaletowy wydzielam przy barze. Widzę dziś nowe twarze, zatem witam serdecznie i przypomnę panujące tu zasady. Pijemy z kufli, bo z butelki możecie sobie w domu piwo wypić……”. Zaczynał się wieczór w Zaciszu. Każdy podobny. Każdy niepowtarzalny.

Szeryf był kimś więcej, jak tylko zaprzyjaźnionym właścicielem pubu. Dla kilku pokoleń był niemal jak ojciec. Jak bratnia dusza. Wyswatał mnóstwo par, między innymi moich przyjaciół – Agę i Rudego, którzy niedawno świętowali dziesiątą rocznice ślubu. Jemu się zwierzaliśmy. On nas potrafił pocieszyć i rozbawić. Zawsze chciał znaleźć i znajdywał czas na pogawędkę ze „starymi” przy stoliku. Zresztą cały jego lokal pełen był nas, bo każdy upominek miał swoje miejsce. I co z tego, że całość przypominała małą rupieciarnię. Była to cudowna rupieciarnia z niepowtarzalnym klimatem.

Szeryf był też ogromnym miłośnikiem Koszalina. Opowiadał mi, jak to było w latach pięćdziesiątych, gdzie chodził na łyżwy i jak przy stawku w parku można było kupić gorącą herbatę.

Jak mało kto kochał ludzi. Miał swoją ścianę pamięci, ze zdjęciami klientów-przyjaciół. Wysyłaliśmy mu kartki zza granicy, a kiedy wracaliśmy do domów, spotykaliśmy się w Zaciszu. Już się z Nim nie spotkamy. Żal.

„Ale to już było i nie wróci więcej
I choć tyle się zdarzyło to do przodu
Wciąż wyrywa głupie serce”

Szeryfie, do zobaczenia w innym Zaciszu.

[*]

Na koniec kilka wspominkowych fotek.

Takim Cię zapamiętam, wesołym, pełnym pozytywnej energii.

Takim Cię zapamiętam, wesołym, pełnym pozytywnej energii.

Szeryf za barem

Szeryf za barem

Zawsze miał chwilę na rozmowy przy stoliku. Zawsze się interesował.

Zawsze miał chwilę na rozmowy przy stoliku. Zawsze się interesował.

W jakim innym pubie właściciel dałby mi gitarę? W Zaciszu było jak w domu. Czasem lepiej.

W jakim innym pubie właściciel dałby mi gitarę? W Zaciszu było jak w domu. Czasem lepiej.

Kulturalny Koszalin!

btdTa wiadomość szalenie mnie ucieszyła. W ślady Centrum Kultury 105 poszedł Bałtycki Teatr Dramatyczny i w czerwcu miłośnicy teatru będą mogli zobaczyć pierwszy koszaliński festiwal debiutów “Młodzi i Teatr”. Będzie on organizowany na wzór Międzynarodowego Festiwalu Debiutów Filmowych “Młodzi i Film”.

Pewnie z dużo mniejszą pompą, ale nie będę narzekać, tylko chwalić. Na pomysł wpadł Piotr Ratajczak, doskonale znany koszalinianom młody reżyser (wyreżyserował w BTD “Szewców” i “Wodzireja”). Wizję podchwycił Zdzisław Derebecki, dyrektor BTD i od 9 do 13 czerwca nasze miasto opanuje teatr.

Jakie są plany? Otóż zobaczymy od czterech do sześciu sztuk z całej Polski. Ich twórcy nie mogą mieć na koncie więcej niż trzech wyreżyserowanych widowisk. Nagrodą będzie wyreżyserowanie sztuki w przyszłym sezonie artystycznym na deskach BTD.

Fajnie, ale skąd znajdą się na to pieniądze? I teraz dochodzimy do najlepszego – impreza ma kosztować 200 tys. zł, a 90 tys. już jest – zaoszczędzone, bo dyrektor Derebecki nie przedłużył umowy Jackowi Papisowi, niegdyś dyrektorowi artystycznemu BTD (i niegdyś za swoją robotę, a raczej jej brak i ciągłą promocję własnej osoby, bardzo przeze mnie krytykowanemu). Genialne w swej prostocie (proponuję w kilku urzędach zrobić to samo i nagle pojawią się oszczędności).

Jednym, a raczej trzema słowami: PLANY SĄ PIĘKNE. Na to, jak będzie wyglądać ich realizacja, czekam z niecierpliwością. Może dzięki kilku imprezom o naszym mieście będzie się mówiło w Polsce, że kulturą stoi. Czego sobie i wszystkim koszalinianom życzę.

HOLOrnie modny recycling

Można powiedzieć, że to koszaliński wkład w ratowanie planety. Dwoje koszalinian wpadło na pomysł tzw. „advercyclingu”, czyli przetwarzania zużytych banerów reklamowych na rzeczy codziennego użytku.  To polscy pionierzy i drudzy na świecie, którzy biorą do ręki śmieć, a oddają małe użytkowe dzieło sztuki.

Nie planuję żadnej grubymi nićmi szytej kryptówy (dlatego nie powiem, gdzie można kupić te ślicznotki; poszukajcie ), a chcę opowiedzieć o robocie, która mnie zachwyciła. Od 2004 r. HO::LO Studio projektuje torby z pasów bezpieczeństwa, resztek pokrowców warsztatowych, fragmentów dętek i, co najważniejsze, zużytych reklam. Manewr jest prosty – właściciele firmy dostają info od producenta plandek – albo weźmiecie, bo nam są już niepotrzebne, albo trafią na wysypisko. Więc zabierają, a spod maszynowej igły w koszalińskim HOLO-zakładzie wychodzą prawdziwe recy-dzieła sztuki.

Jest druga strona medalu. Torby robione są z pomysłem i nie ma na świecie dwóch identycznych, z dwóch takich samych kawałków reklamy. Zatem to swego rodzaju wyrób luksusowy, pozytywnie snobistyczny. A że ja nie lubię mieć czegoś, co mają wszyscy, to mam swoją eko-HOLO-torbę. Można wybrać spośród bodaj szesnastu modeli. A wybór jest trudny.

Moja trwała, ciekawa, a do tego niepowtarzalna torba ze starej reklamy.

Moja trwała, ciekawa, a do tego niepowtarzalna torba ze starej reklamy.

Cieszy mnie ogromnie fakt, że choć tak niewielu koszalinian wie, jaką producencką perełkę wydała nasza ziemia (ja się o nich dowiedziałam dopiero w grudniu), to świat kupuje w Koszalinie. Wiem, że torby ze starych plandek kupują Grecy, Japończycy i pewnie wiele innych nacji.

Brawo ekomaniacy! Będę HOLOtorbę ze starej reklamy nosić dumnie.

Osiem łap i problem

Po dłuższej urlopowej przerwie wracam. I, niestety, miło nie będzie. Bo dziś o totalnej bezmyślności i głupocie pewnych mieszkańców mojego miasta.

Sprawa dotyka mnie w sposób podwójny, bowiem od niedawna jestem właścicielką dwóch czworonogów. Do Stefana, koktajlu ras amstaff i labrador retriever dołączyła młodziutka Zuza, czarna labradorka. I mogłabym godzinami pisać o układaniu tych cudownych typów, o absorbujących szkoleniach i dwóch parach ślicznych ślepi wlepiających się we mnie, kiedy pada hasło „micha”. (Zastanawiam się nawet czy tego nie robić, bo ciekawym byłoby wymienianie się doświadczeniami i spostrzeżeniami z innymi miłośnikami psów. Co wy na to?)

Zuza i Stefan

Zuza i Stefan

Ale teraz do sedna. Otóż dwie gadziny potrzebują spacerów. Normalne. Normalny jest też psi instynkt, który sprowadza się do prostego zachowania: jedzenie – pies je. Dlatego nie mogę winić psa, który posiadając węch absolutny, wynajduje w mig wyrzucone przez jakiś idiotów na trawnik kości.

Czy ci ludzie nie zdają sobie sprawy co robią? Zielone kości, które leżą kilka dni na trawie, porośnięte bóg wie czym, z bóg wie jakimi koloniami, trafiają do żołądków moich psów. Co potem – nietrudno się domyślić.

To ma być gest franciszkański? Nie ma w mieście bezdomnych psów, które żyją dzięki wyrzuconym kościom czy przeterminowanym mięsom. Są za to właściciele, którzy nie chcą, żeby ich podopieczni zjadali rozkładające się odpady. Jestem na przykład ja, która rozdziawiam najpierw dużą stefanową paszczę i wyciągam to paskudztwo, a potem ten sam zabieg stosuję na małej paszczy zuzinej.

Zatem proszę i apeluję: śmieci wrzucamy do śmieci! Nie na trawnik. Gestem będzie zawiezienie jedzenia do schroniska – tam psy potrzebują pomocy.

A jeśli się to nie zmieni – obiecałam już sobie, że wyśledzę na osiedlu, kto wyrzuca kości na trawnik i przekażę strażnikom miejskim info o zaśmiecaniu. A to przecież wykroczenie.

Agresja – c.d.

Czy ja za stara już jestem, czy nie umiem się bawić? Mam 26 lat i czasem ochotę najzwyczajniej w świecie pobawić się, wytańczyć i poskakać. Ostatnio próba poimprezowania wyglądała tak:

Wtorkowa rockoteka, 20 października, Kreślarnia. Na parkiecie spory tłum. Wiecie jaka jest dziś ulubiona zabawa „tańczących”? Biorą spory rozpęd i zderzają się ze sobą, przewracając, popychając i mocno szturchając innych. Myślałam, że się wścieknę.

Najbardziej rozbrykany punk (chyba, bo się już w tych emo i innych pogubiłam) po chwili miał już rozbity łokieć. Nie chciałam ryzykować, że pokrwawi mi ubranie więc wróciłam do stolika.

W międzyczasie parkiet wzbogacił się o awangardowe ozdoby w postaci pobitych pokali. Ryzyko poważniejszej kontuzji w postaci rany ciętej nie odstraszyło jurnych chłopców, którzy zdawało się, że niedawno pozbyli się trądzika młodzieńczego, od dziwnych samczych godów.

Najciekawsze, a może najbardziej przerażające jest to, że piętro niżej, przy wejściu, siedziało sobie czterech rosłych (opasłych?) ochroniarzy. Pili soczek, wcinali ciacho i pilnowali, żeby każdy zapłacił 5 zł za wstęp. Nie zainteresowało ich, co się dzieje na parkiecie. Gaworzyli radośnie, a na parkiecie krwawiący koleś ewidentnie szukał zaczepki.

Agresor mi się włącza w takich przypadkach.

No i gdzie się bawić?

Parafinowa agresja

Myję naczynia i wciąż o tym myślę. Czekam aż spod sterty talerzy i garnków zobaczę wreszcie, że to faktycznie kuchnia. Zobaczyłam, ale nie zadziałało kojąco. Muszę to opisać.

Było tak – wczoraj wieczorem byłam na koncercie Laboratorium w Kryterium. Obok siedziała pani po trzydziestce. Najpierw usiłowała nagrać koncert na komórkę, a że miała wielki wyświetlacz, dawała światłem nieźle po oczach. Zmierzyłam ją raz czy dwa razy, a podobno mrożę spojrzeniem, więc babeczka zasłoniła wyświetlacz.

Słucham dalej. Nie, dziś bez recenzji. Laboratorium to klasyk, legenda jazzowej improwizacji, więc jak słowa mogą oddać to, co usłyszeć trzeba…

Nie dane było się rozkoszować, bowiem w pewnej chwili rozniósł się wokoło paskudny smród parafiny. Obywatelka sąsiadka wyciągnęła z torebki parafinę w butelce, wylała solidną porcję na dłonie i zaczęła się smarować. Sąsiedzi z rzędu przed nami popatrzyli na mnie z pytajnikami w oczach. – To nie ja! – starałam się żeby i moje spojrzenie było czytelne i wymownie skinęłam na NIĄ. A ta obok w najlepsze wcierała parafinę.

Jak bardzo trzeba być skoncentrowanym na sobie, jak wielka to ignorancja, żeby uprawiać kosmetyczne zabiegi w sali wypełnionej po brzegi ludźmi, którzy przyszli na koncert. Co będzie następne? Amatorka gładkich rąk będzie obcinać paznokcie, a może weźmie nić dentystyczną i wetknie ją do paszczy w trakcie solo na perkusji. Żenada. W takich momentach włącza mi się agresor.